poniedziałek, 2 września 2013

Marina- Carlos Ruiz Zafón + podsumowanie sierpnia 2013


Tytuł: Marina
Tytuł oryginału: Marina
Autor: Carlos Ruiz Zafón
Wydawnictwo: Muza
Ilość stron: 300

RECENZJA:

Od czasu, gdy w moje ręce wpadła „Gra anioła” Carlos Ruiz Zafón jest dla mnie autorem, który jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Dlatego też nie mogłam się doczekać aż dorwę „Marinę”. Czy lektura mnie zadowoliła? O tym za chwilę.

Życie Óskara niewiele różni się od tego, co przeżywają jego rówieśnicy. Uczy się w szkole z internatem, ma własne problemy, przyjaciela, z którym spędza czas. Wszystko zmienia się jednak, gdy poznaje tajemniczą Marinę. Razem z nią odkrywa niezwykłe, a czasem przerażające tajemnice XX wiecznej Barcelony.

Óskar wydaje się chłopcem, jakich wiele. Wraz z lekturą czytelnik nabiera jednak w stosunku do niego sympatii. Wrażliwy i ciekawy tajemnic Barcelony, a przy tym oddany przyjaciel, taki właśnie jest. Między innymi dzięki temu bardzo go polubiłam.

Marina to postać tajemnicza. Jej sekrety odkrywamy powoli wraz z głównym bohaterem. Informacji jej dotyczących nie mamy podanych na tacy, a to jest niewątpliwą zaletą książki. Niestety muszę przyznać, że cała tajemnica, która owiewa bohaterkę nie jest nie do odgadnięcia. Nie psuje to jednak przyjemności z czytania i możliwości polubienia postaci.

Poza nieźle wykreowanymi postaciami autor stworzył niesamowity klimat. Czytając o bohaterach wybierających się na cmentarz, samemu czuje się niemal jakby się podążało wraz z nimi mrocznymi alejkami. Zafón, dla mnie, jest jednym z nielicznych autorów, który potrafi tak odtworzyć klimat miasta, że czuję jakbym sama w nim była, oddychała tym samym powietrzem.

„Czasami to, co najbardziej prawdziwe, dzieje się tylko w wyobraźni (…) Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło.”*

Wspominając o klimacie nie mogę zapomnieć o budowani napięcia. „Marina”, jako, że jest thrillerem nieco ocierającym się o horror dla młodzieży ma w sobie coś specyficznego. Jest tu cień grozy i niepokoju. Czytelnika zaprawionego w bojach z horrorami może i to nie przerazi, ale może wywołać lekki dreszczyk emocji.

Pomimo tego, że „Marina” jest thrillerem dla mnie jest również czymś więcej. To opowieść o przyjaźni, stracie i niewinnym młodzieńczym uczuciu oraz o szaleństwie umieszczona na tle urzekającej Barcelony. Poza napięciem lektura dostarcza wiele innym emocji w otoczce świetnego stylu Zafóna.

„Czas robi z ciałem to samo co głupota z duszą (…) Rozkłada je.”**

Oprawa graficzna mnie zauroczyła. Zameczek przedstawiony na okładce doskonale oddaje to, co znajdziemy w środku, a na myśli mam tu szczególnie nastrój. Wszystko dobrze zgrywa się z treścią, co idzie na kolejny plus.

„Marina” jest książką niezwykłą. Głównie pod względem atmosfery w niej panującej. Historia w niej przedstawiona również zasługuje na uwagę i może wciągnąć. Powieść może nie dorównuje poziomem „Grze anioła” niemniej jest powieścią naprawdę godną uwagi. A znakomite zakończenie tylko przypieczętowuje moją ostateczną ocenę.

Ocena: 9/10

*str. 103
**str. 128

_  _  _  _  _  _
Pierwszy raz od powstania bloga postanowiłam sporządzić podsumowanie miesiąca i chyba od teraz będzie tak już, co miesiąc ;)

W sierpniu przeczytałam siedemnaście pozycji. Z wyniku jestem bardzo zadowolona:
  1. Cień wiatru, Carlos Ruiz Zafón – 8,5/10
  2. ORO, Marcel A. Marcel – 8/10
  3. Igrzyska śmierci, Suzanne Collins – 9/10
  4. Bransoletka, Ewa Nowak – 7/10
  5. Prawo krwi, Tess Gerritsen – 5/10
  6. Strażniczka Bramy, Michelle Zink – 7/10
  7. Marina, Carlos Ruiz Zafón – 9/10
  8. Żelazna córka, Julie Kagawa – 7/10
  9. Kroniki Tempusu: Królowa musi umrzeć, K. A. S. Quinn – 6/10
  10. Misery, Stephen King – 8,5/10
  11. Look, Sophia Bennett – 8/10
  12. Osobliwy dom pani Peregrine, Ransom Riggs – 7,5/10
  13. Kaznodzieja, Camilla Läckberg – 8/10
  14. Obiecaj mi, Richard Paul Evans – 7/10
  15. Ocal mnie od złego, Alloma Gilbert – 9/10
  16. Próby Ognia, James Dashner – 9/10
  17. Bling Ring, Nancy Jo Sales – 6,5/10


W sumie daje to 6122 strony, czyli około 197 stron dziennie.
Najlepsze w tym miesiącu: Marina i Ocal mnie od złego
Najbardziej zawiodło mnie Prawo krwi
Dodatkowo najbardziej wstrząsającą książką jest Ocal mnie od złego

A jak wypadł wasz sierpień?

czwartek, 15 sierpnia 2013

Ewa Nowak- Bransoletka / przedpremierowa recenzja


RECENZJA PRZEDPREMIEROWA

Tytuł: Bransoletka
Autorka: Ewa Nowak
Wydawnictwo: Literackie
Ilość stron: 296
Data premiery: 11 września

RECENZJA:

Ewa Nowak jest jedną z najpopularniejszych polskich autorek tworzących dla dzieci i młodzieży. Jeszcze nie tak dawno sama uwielbiałam jej twórczość i każdą książkę, która wyszła spod jej pióra czytałam z niesłychaną przyjemnością. Dlatego, gdy pojawiła się okazja sprawdzenia czy książki tej pisarki wciąż będą mi się podobały nie wahałam się długo. Czy „Bransoletka” mnie nie zawiodła? O tym za chwilę.

Weronika nie ma łatwego życia. Ojciec i brat są wobec niej bardzo uszczypliwi i nie przepuszczają okazji by uprzykrzyć jej życie. Matka nie zwraca na jej problemy większej uwagi, a przyjaciółka przestaje się zachowywać jak przystoi  przyjaciółce. Dodatkowo na horyzoncie pojawia się chłopak, do którego bohaterka zaczyna coś czuć. Zamiast miłości zostaje wmanewrowana w wyjazd na warsztaty teatralne. Od tego momentu życie Werki zaczyna się zmieniać.

Główna bohaterka jest zwyczajną piętnastolatką. Tak jak każda niemal nastolatka chciałaby zaznać miłości. Zarówno ze strony swojej rodziny i chłopca. Nie jest to jednak tak łatwe. Weronika to postać wrażliwa i dość sympatyczna. Nie jest ona wyzbyta wad, przez co wydaje się bardziej realna. Mnie osobiście niekiedy irytowała, ogólnie jednak wywarła na mnie pozytywne wrażenie.

Pozostali bohaterowie książki również zasługują na uwagę. Irka, Bazyliszek, Monika, Salomea- to tylko niektóre z postaci, które zapadają w pamięć. W większości są oni dobrze skonstruowani, chociaż czegoś mi w nich zabrakło. Niektóre miały wielki potencjał, ale nie pani Nowak nie skupiła się na nich prawie wcale.

Wątek miłosny w książce początkowo wydawał się nieco naciągany. Przez pewien czas nie mogłam się wyzbyć się tej myśli. Osobiście uważam, że położono na niego trochę zbyt duży nacisk. Chociaż mnie on nie urzekł to przyznaję, że później był dość przyjemny i przełknęłam go bez większych problemów.

„Film klasy C. Beznadziejny scenariusz, słabo wykreowani bohaterowie i nędzne dialogi. Oto w czym wtedy graliśmy.”*

Ciekawym motywem w „Bransoletce” jest wplecenie elementów związanych z teatrem. Z przyjemnością czytałam o każdych kolejnych zajęciach na warsztatach oraz szalonych pomysłach Salomei. Obserwowanie tego jak wpłynęły one na Weronikę bardzo mi się spodobało. Zdecydowanie ubarwiło to akcję, która bez tego zapewne opierałaby się na wątku miłosnym.

Język powieści jest lekki i młodzieżowy. Nie jest jednak przesadzony i znakomicie wpasowuje się w akcję. Dzięki niemu czytało mi się błyskawicznie i bez większych zgrzytów.

Okładka niestety trochę mnie rozczarowała. Nie jest może najgorsza, ale równie dobrze mogłaby być dużo lepsza. Plusem jest to, że umieszczono na niej bransoletkę, co nawiązuje do tytułu powieści.

Muszę również wspomnieć o tym, że mimo iż książka może jeszcze podlec korekcie przed wydaniem już teraz jest w niej bardzo mało błędów i niedociągnięć, co bardzo sobie cenię.

„Bransoletka” jest książką dla młodzieży i pod tym względem sprawdza się znakomicie. Nie znajdziemy w niej bardzo głębokich treści. Niemniej jest to powieść, którą mogę polecić, chociażby ze względu na dobre ukazanie rozterek bohaterki i poruszenie problematyki, która w lekturach przeznaczonych dla nastoletniego czytelnika nie występuje zbyt często. Zarówno fani autorki, jak i nowi czytelnicy jej twórczości nie powinni być rozczarowani. Mamy tu wszystko, czego potrzebuje dobra młodzieżówka, jest miłość, odpowiednia dawka problemów oraz przyjemny język. „Bransoletka” nie zawładnęła mną, ale i tak z czystym sercem polecam.

Ocena: 7/10

*str.261


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu

wtorek, 30 lipca 2013

Nacja- Terry Pratchett


Tytuł: Nacja
Tytuł oryginału: Nation
Autor: Terry Pratchett
Wydawnictwo: Rebis
Ilość stron: 400


RECENZJA:
Terry Pratchett jest jednym z najpopularniejszych i najpoczytniejszych pisarzy fantasy. Znany jest przede wszystkim z cyklu Świat Dysku. Jako, że przepadam za fantastyką musiałam w końcu sięgnąć po jego dzieło. Mój wybór padł na „Nację”, która nie należy do części cyklu, a jest całkowicie osobną historią.

W alternatywnym świecie nie dzieje się dobrze. Wybucha epidemia, która wprowadza zamęt. W innym miejscu przechodzi ogromna fala, która całkowicie zmienia życie Mau. Katastrofa doprowadza do tragedii pustosząc i niosąc śmierć dla mieszkańców małej wyspy, Nacji. Główny bohater jest jedynym ocalałym, a w końcu odkrywa również na wyspie obecność dziewczynki pochodzącej z cywilizowanego świata.

Mau jest nastolatkiem, którego czeka wielki dzień. Właśnie ma przejść swoistą inicjację, dzięki której stanie się mężczyzną. Tragedia go spotykająca zmienia coś w jego życiu. Bardzo szybko musi dorosnąć i znaleźć w sobie siłę na dalsze życie bez bliskich. Mau to postać, która właściwie od pierwszych stron zaskarbia sobie sympatię czytelnika. Niezwykle dojrzały jak na swój wiek bierze na siebie odpowiedzialność za wyspę. Niekiedy jest on trochę irytujący jednak razem z drugą z głównych postaci stanowi zgrany duet.

Ermintruda jest córką gubernatora i osobą, zdawać by się mogło, całkowicie niedostosowaną do warunków panujących na wyspie. Początkowo może wydawać się nieco irytującą, pustą panienką z dobrego domu. Ostatecznie okazuje się postacią niezwykle ciepłą i charyzmatyczną. Przy tym ma interesującą przeszłość, która nadaje jej pełnokrwistości.

Przed sięgnięciem po „Nację” naczytałam się o humorze wypełniającym książki Pratchetta i szczerze na to liczyłam. Tymczasem w powieści zabawnych momentów nie było tak wiele. Niekiedy oczywiście na mojej twarzy pojawiał się uśmiech, jednak naturę tego dzieła określiłabym bardziej, jako baśniową, a jednocześnie mającą w sobie coś refleksyjnego.

Język powieści jest bardzo przyjemny. Czyta się przez to łatwo i bez większych trudności. Jednak by pod płaszczykiem tej bajkowej historii dostrzec jej prawdziwą głębię należy skupić się na niej całkowicie.

„Jeden człowiek jest nikim. Dwoje ludzi to już nacja.”*

Książka, chociaż zdaje się być baśnią dla starszych czytelników niesie ze sobą bardzo ważne treści. Od często poruszanego tematu przyjaźni, smutku poprzez samotność aż do śmierci i zachwiania wiary. „Nacja” to powieść, która pobudza do myślenia o zarówno sprawach błahych, jak i tych niezwykle ważnych, o których zwykle staramy się zapomnieć.

Okładka dla mnie jest świetnie dopasowana. Po przeczytaniu powieści nie wyobrażam sobie by można było stworzyć oprawę lepiej dopasowaną do treści i klimatu dzieła.

„Czasem się śmiejemy, bo nie mamy już siły na płacz. Czasem się śmiejemy, bo zasady poprawnego zachowania przy stole na plaży wydaja się zabawne. A czasem się śmiejemy, bo żyjemy, chociaż nie powinniśmy.”**

„Nacja” jest powieścią niezwykle mądrą, która wywarła na mnie wielkie wrażenie. Zakończenie bardzo mnie poruszyło swoją prawdziwością. Jest to dzieło należące do tych polecanych z całkowitym sercem każdemu szukającemu kawałka dobrej literatury.

 Ocena: 8/10

*str.289

**str.105 

niedziela, 9 czerwca 2013

Piękna ZŁAlicja- Rebecca James


Tytuł: Piękna ZŁAlicja
Tytuł oryginału: Beautiful MAlice
Autorka: Rebecca James
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 344


RECENZJA:
Po rodzinnej tragedii Katherine opuszcza dom, by uczyć się w innym mieście. Tam stara się wtopić w tłum, by nie przysporzyć sobie kłopotów. Pełna wyrzutów sumienia zamyka się w sobie i stara się nie dopuścić do siebie innych ludzi. Jej plan jednak nie może się powieść, bo poznaje Alicję, która z niewiadomych powodów pragnie jej przyjaźni.

Katherine to dziewczyna bardzo wrażliwa. Po tym, co ją spotkało z popularnej nastolatki przepadającej za imprezami i swoim chłopakiem całkowicie zmienia swoje życie. Nie chce zwracać niczyjej uwagi. Na znak odcięcia się od przeszłości zmienia nazwisko. Bohaterka jest postacią, która wzbudziła moją nieskrywaną sympatię. Nie brak jej wad, które sprawiają, że jest bardzo realistyczna.

Alicja jest piękna i popularna. Należy do typu osób, których się uwielbia lub nienawidzi z powodu ich urody. Dla większości jest nieosiągalna, ale wybiera Katherine, jako osobę, z którą chce się przyjaźnić. Nie jest ona jednak taka, jaką mogłaby się wydawać. Chwilami słodka i urocza potrafi przeobrazić się w niezłą jędzę.

Bohaterowie stworzeni przez panią James zdecydowanie zasługują na uwagę. W większości są świetnie stworzeni. Katherine obciążona bolesnymi wspomnieniami, wciąż knująca Alicja czy zaślepiony miłością Robbie. Każde z nich coś w sobie ma, że nie pozostawia czytelnika obojętnym.

„Piękna ZŁAlicja” jest powieścią, która zaskakuje. Motywy kierujące Alicją dla czytelnika są bardzo ciężkie dla odgadnięcia. Należy również wspomnieć o tym, że książka porusza bardzo ważne kwestie. Toksyczna przyjaźń oraz miłość to główne jej motywy. Zostały one dodatkowo przedstawione w bardzo przystępny sposób.

Język powieści nie powala na kolana. Nie jest również źle. Przyznaję, że w porównaniu do pozostałych aspektów książki mogłoby być nieco lepiej. Opisy nie zachwycają. Mogło być lepiej, ale także gorzej.

Bohaterami książki są osoby młode, w żadnym razie nie jest to jednak typowa powieść dla młodzieży. Zamiast rozterek miłosnych nieudolnej bohaterki dostajemy kawał dobrej literatury dotykającej ważnego tematu. Należy pamiętać, że dzieło James niekiedy jest pełne smutku. Nie zabraknie tu również wydarzeń wstrząsających czy wzruszających.

Oprawa graficzna jest dość zwyczajna. Patrząc na nią nigdy bym nie zgadła, że kryje w sobie tak dobrą treść.

„Piękna ZŁAlicja” nie jest książką bez wad. Jeśli dokładniej się jej przyjrzeć ma ich pewnie trochę. Całość jest jednak tak sprawnie skonstruowana, że czytelnik niemal nie zwraca na to uwagi. Dodatkowo dzieło niemal się połyka. Powieść polecam z całego serca. Wierzę, że się nie zawiedziecie, tak jak i ja.

Ocena: 7,5/10

----------------------------------

Na zakończenie mam dla Was wersję Sweet Dreams, która mnie urzekła :)

środa, 5 czerwca 2013

Cyrk nocy- Erin Morgenstern


Tytuł: Cyrk nocy
Tytuł oryginału: The Night Circus
Autorka: Erin Morgenstern
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 429


RECENZJA:
Wyobraź sobie cyrk cały w odcieniach bieli i czerni. Miejsce, gdzie przeżyjesz przygodę swojego życia. Miejsce, gdzie magię ukrywa się pod iluzją. Właśnie w takim cyrku rozgrywa się akcja debiutanckiej powieści Erin Morgenstern.

Cyrk zjawia się znienacka by przynieść uciechę jego wielbicielom. Nie jest to jednak tylko miejsce niezwykłych sztuczek, a również pojedynku dwóch młodych czarodziei- Celii i Marka. Niestety wkrótce na drodze staje im przeszkoda, jaką oczywiście jest zakazane uczucie. Mamy, więc aurę tajemnicy, trwający od wieków pojedynek i miłość. Wydawałoby się, że nic więcej nie jest potrzebnego do stworzenia idealnej powieści, prawda?

Celię poznajemy w wieku kilku lat, gdy po śmierci matki trafia do ojca, który jest bardziej znany, jako Prospero. Dziewczynka wbrew swojej woli zostaje wplątana przez rodziciela w pojedynek na umiejętności magiczne. Bohaterka, jako osoba z talentem do magii powinna intrygować, teoretycznie. W rzeczywistości niemalże od początku do końca jest postacią mdłą aż do bólu. Jej zwierzenia, które powinny w czytelniku wywoływać współczucie osiągają wręcz przeciwny skutek.

Mark jest niemalże przeciwieństwem Celii. Stanięcie do pojedynku jest dla niego szansą wydostania się z domu dziecka, więc oczywiście z niej korzysta. Niestety postać ta również mnie zawiodła. Nie został on wcale lepiej skonstruowany od głównej bohaterki. Jest płaski do granic możliwości i nawet komplikacje uczuciowe nie mogły go ożywić.

Reszta bohaterów również jest dość marna. Jedynie kilkoro z nich wyróżnia się na tle pozostałych. Nie występują oni jednak na kartach powieści na tyle często by zrekompensować rozczarowanie innymi postaciami.

Sam wątek miłosny, który z założenia miał być porywający nie ma w sobie ani krzty uczucia. Może zabrzmi to nieco dziwnie, ale w chwilach, gdy główni bohaterowi okazywali sobie czułości miałam wrażenie jakby robili to z przymusu. Ewentualnie, bo nikogo lepszego nie mieli pod ręką. Jednak nie spotkamy się tu z zapierającym dech w piersiach uczuciu, które będziemy jeszcze długo wspominać. Przeciwnie, będziemy chcieli jak najszybciej zapomnieć o tej żenującej miłości.

Akcja w powieści rozwija się powoli, bardzo powoli. Jeśli czytając „pojedynek” pomyśleliście o jakichś spektakularnych starciach myliliście się. Ja również dałam się podpuścić. Przypuszczałam, że akcja będzie gnała do utraty tchu. Jakże naiwna byłam! W „Cyrku nocy” nawet nie ma napięcia, wcale.

Pomimo tych wszystkich wad musze przyznać jednak, że czytało mi się dobrze. A to za sprawą języka, jakim posługuje się Morgenstern. Jej opisy są niemal malarskie i czyta się je z nieskrywaną przyjemnością. To był jeden z tych nielicznych elementów, którzy trzymał mnie przy czytaniu. Autorka tworzy magiczną atmosferę, tego jej nie można odmówić. Świetnie manipuluje słowem, czym nieco tuszuje niedociągnięcia w kwestii fabuły i bohaterów.

„Wolę poruszać się po omacku, żeby lepiej docenić mrok.”*

Na uwagę zasługują momenty powieści napisane drugoosobową narracją. Ma się przez to wrażenie samodzielnego zwiedzania cyrku. A jest to doprawdy magiczne miejsce. Nie da się odmówić tym fragmentom uroku. Dla mnie była to jednak z najsilniejszych stron powieści, dobrze dopracowana i pomysłowa.

Żeby znów nie było tak kolorowo autorka obrała tendencje przeskakiwania w datach i miejscach. Dlatego zawsze należy zwracać uwagę na to, w którym momencie historii się znajdujemy. Inaczej można się pogubić. Ja, chociaż starałam się dokładnie w to wczytywać to kilka razy straciłam wątek. Jeśli chodzi jednak o zmianę miejsc to nie odgrywają one w powieści żadnej roli. A szkoda. Przedstawienie dziewiętnastowiecznych miast wielu krajów, chociaż w zarysie byłoby ciekawym elementem. Tymczasem akcja niemal zawsze rozgrywa się w cyrku.

„Ludzie widzą to, co chcą zobaczyć. W większości przypadków to, co im się wmawia.”**

Oprawa graficzne „Cyrku nocy” niestety, a może stety, całkowicie nie odzwierciedla treści. Jest prześliczna i bardzo klimatyczna, a paski znajdujące się po wewnętrznej stronie okładki urzekły mnie niesamowicie.

„Cyrk nocy” nie jest powieścią złą. Pomysł był świetny, niestety jego wykonanie już gorsze. U mnie dzieło Erin Morgenstern pozostawia po sobie mieszane uczucia. Z jednej strony wspaniałe opisy, z drugiej płascy bohaterowie i ubytki w fabule. Powieści nie mogę polecić z czystym sercem, dlatego decyzja należy do was.

Ocena: 5,5/10

*str. 201

**str. 31

sobota, 1 czerwca 2013

Nieśmiertelny- Catherynne M. Valente


Tytuł: Nieśmiertelny
Tytuł oryginału: Deadless
Autorka: Catherynne M. Valente
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 304


RECENZJA:
Uczta Wyobraźni to seria wydawnictwa MAG szczególnie ceniona przez osoby zaczytujące się w fantastyce. Dopiero zaczynam swoją przygodę z serią, dlatego do „Nieśmiertelnego” podchodziłam trochę nieufnie. Pomimo wielu pozytywnych opinii oraz świadomości, że inna powieść pani C.M. Valente „Palimpsest” została nominowana do nagrody Hugo długo nie mogłam zabrać się za książkę. Czy moje obawy były słuszne? O tym za chwilę.

„Nieśmiertelny” jest opowieścią opartą na rosyjskim folklorze. Maria Moriewna nie jest zwyczajną dziewczynką, wyglądając przez okno spostrzega ptaki spadające z drzewa i zamieniające się w mężczyzn. Czeka aż po nią także przyjdzie przyszły mąż-ptak. Osoba, która po nią przybywa jest jednak kimś więcej, jest to Kościej Nieśmiertelny.

Maria jest postacią bardzo złożoną. Przez lata obserwujemy jak z dziecka rewolucji zmienia się we władczą kobietę, żonę Kościeja. Jest ona bohaterką bardzo barwną, z którą czytelnik się zżywa i ma wrażenie, że sam zna ją od lat.

Kościej Nieśmiertelny jest Carem Życia. Nie można go jednak określić, jako uosobienie dobra. Jednocześnie jest pełen miłości, pasji, ale również bywa bezwzględny. Krótko mówiąc jest podobny do każdego człowieka, ma swoje namiętności, daje się porwać emocjom. W rosyjskim folklorze odgrywa on wielką rolę, ale w książce to postać Marii wysuwa się na pierwszy plan, a Kościej jedynie jej towarzyszy.

Już w pierwszych rozdziałach autorka nadaje powieści baśniowy charakter. Chociaż początkowo niewiele się dzieje to sposób, w jaki jest się wprowadzonym do historii urzeka. Poznajemy tam między innymi domowiki, czyli skrzaty domowe czy Licho. Mamy również do czynienia z niezwykłym bohaterem, jakim jest dom, który zachowuje się jak żywy organizm, w zależności od potrzeb swoich mieszkańców zmienia rozmiar.

Czytając „Nieśmiertelnego” nie można zapomnieć o tym, jakie tło historyczne zostało na jego potrzeby wykorzystane. Rzecz, bowiem dzieje się za czasów Lenina. Jest to niekiedy bardzo wyraźnie zaakcentowanie. Autorka przez to znakomicie wyeksponowała klimat tamtych czasów, trochę dziwnych, trochę pasjonujących. Oczywiście nie uniknęła ona treści dotyczących postaw politycznych, które włożyła w usta swoich bohaterów. Przykładem jest Nagania, która utożsamia się z ówczesnymi myślami. Mimo tego jest to postać, która swoich trochę niewyparzonym językiem, ale również oddaniem zjednuje sobie czytelnika.

„Historia to narzędzie ucisku. Ludzi, którzy ją zapisują powinno się rozstrzeliwać bez sądu”*

Język Valente jest bardzo poetycki. Tak bardzo, że czytając należy całkowicie poświęcić się lekturze, bo inaczej można się zgubić w barwności opisów, przeskakiwaniu o kilka lat w przód. Autorka nadaje swojej powieści baśniowego klimatu w formie dla starszych czytelników. Muszę przyznać, że dawno już nie miałam do czynienia z powieścią tak dopracowaną pod względem językowym. Jest on niemal perfekcyjnie dopasowany do treści, tak by sprawiać nawet wiele wymagającemu czytelnikowi dużo satysfakcji. Ja osobiście delektowałam się niemal każdym zdaniem i po zakończeniu żałowałam, że to koniec.

„Spójrzmy jednak prawdzie w oczy: Cnota nie istnieje. Życie jest chytre i pozbawione skrupułów, to hultaj, lubieżny i surowy.”**

Pomysłowi na wykorzystanie ludowości Rosji w najważniejszym momencie historii nie da odmówić się oryginalności. Sama nigdy przedtem nie spotkała się z dziełem dotyczącym w tak dużym stopniu folkloru tego kraju. Teraz żałuję, bo po tej opowieści jestem pewna, że jest on porywający. Pragnę dowiedzieć się czegoś więcej o Carze Życia, jak również Śmierci, jestem również pewna, iż nie odmówię sobie tej przyjemności i zapoznam się głębiej z wierzeniami Rosji.

Sięgając po „Nieśmiertelnego” należy pamiętać, że jest to nie tylko pięknie opowiedziana, barwna historia żony Kościeja. W powieści mamy również wiele smutku. Klimat panujący wówczas został dokładnie przedstawiony. Bieda, mrok, głód, a wreszcie śmierć, tego nie brakuje w książce. Smutek został przedstawiony tak przejmująco, że nawet sceny śmierci głodowej mają w sobie coś przyciągającego. Autorka nie koloryzuje rzeczywistości rosyjskiej. Pokazuje bezwzględnie spustoszenie, jakie po sobie pozostawia wojna, która miała pomóc ludowi.

„Historia wojenna to czarna otchłań. Po jednej stronie znajduje się to, co przedtem, po drugiej to, co potem, środek zaś należy do umarłych.”***

Wydanie książki niezaprzeczalnie przyciąga uwagę. Okładka mnie urzekła, a opatrzenie przez autorkę każdej części cytatem również nadaje uroku opowieści. Przyczepić się mogę jedynie do tego, że w pewnym momencie, najprawdopodobniej tłumacz, pogubił się w bohaterach. Na szczęście jednak po chwili wszystko wróciło do normy.

„Nieśmiertelny” to powieść, którą polecam każdemu, kto jest ciekaw ludowości Rosji oraz spragniony barwnego języka. Mimo małej objętości zawiera ona w sobie o wiele więcej treści niż niektóre opasłe tomiska. Osobiście mogę uznać książkę za jedno z najlepszych dzieł, z którymi spotkałam się w tym roku. Z niecierpliwością będę wypatrywać innych utworów C.M. Valente, a wam, jeśli jeszcze jej nie znacie radzę zmienić to jak najszybciej.

Ocena: 9,5/10

*str. 65
** str. 64
***str. 222


wtorek, 7 maja 2013

Geneza- Jessica Khoury



Tytuł: Geneza
Tytuł oryginału: Origin
Autorka: Jessica Khoury
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 512

RECENZJA:
Ludzie od dawna snują marzenia o nieśmiertelności. Pragną by przyszłym mieszkańcom Ziemi niestraszne były wszelkie choroby, na które dziś umierają miliony. Szuka się leku na raka, co w pewnym sensie również jest pośrednim dążeniem do doskonałości. Nieśmiertelności. Chcemy wieczności, tu i teraz, bo każdy pragnie żyć bez końca, prawda?

W laboratorium usytuowanym w dżungli amazońskiej grupa najlepszych naukowców świata stworzyła pierwszą istotę nieśmiertelną. Pia jest odporna na choroby, jej skóra jest taka twarda, że żaden przedmiot nie jest wystarczająco ostry by przebić jej skórę. Dziewczyna jest poddawana różnym testom, które mają udowodnić, że jest już gotowa by poznać tajemnicę Immortis, czyli katalizatora, który powoduje nieśmiertelność. Marzy ona o chwilach, gdy będzie mogła stanąć na czele zespołu badawczego i stworzyć swój własny oddział ludzi takich jak ona, wiecznych. Pragnie również swojego Mężczyzny Doskonałego, który stanie obok niej. Wkrótce jednak Pia przypadkiem, przez dziurę w płocie poznaje inny, obcy jej świat.

„Ona nie jest problemem matematycznym. Nie możesz odjąć od niej tych części, które ci się nie podobają.”*

Pia jest osobą chowaną pod kloszem. Little Cam jest jej domem, który uważa za miejsce idealne, bo nigdy nie miała możliwości poznania innej rzeczywistości. Nigdy nie zaznała towarzystwa rówieśników. Nie miała dostępu do literatury, muzyki z zewnątrz. Również jej wiedza o reszcie świata była znikoma, ponieważ rozmowa o tych rzeczach jest zabroniona. Dziewczyna dorastała w świadomości swojej doskonałości. Każdy z naukowców, nazywanych przez nią ciociami lub wujkami, utwierdzał ją w tym. Pia przez to jest niekiedy postacią irytującą, która wciąż powtarza sobie słowa, którymi była karmiona. Jest niezwykle ufna wobec osób ją otaczających, traktuje ich jak rodzinę. Można jednak zauważyć, że tak naprawdę nigdy nie zaznała rodzicielskiego ciepła. Jest w gruncie rzeczy osobą wrażliwą i pragnącą jak każdy inny przyjaźni, miłości, rodziny. Wzbudna ona tym samym mimo kilku irytujących elementów ogromną sympatię u czytelnika. Jest postacią niezwykle złożoną. Zdecydowanie należy ona do tego typu bohaterów, z którym czytając się zżywamy i współodczuwany troski.

Eio należy do ludności tubylczej, której wioska położona jest w pobliżu Little Cam. Nie trudno się domyślić, że odegra on w życiu głównej bohaterki wielką rolę i zmieni jej postrzeganie świata. Jego miejsce zamieszkania okazuje się przestrzenią, w której Pia odnajduje niemalże wszystko, czego jej brakowało.

Bohaterowie „Genezy” są świetnie skonstruowani. Złożoność ich charakterów zachwyca. Wzbudzają oni również w czytelniku ogromne emocje od sympatii przez zmieszanie do wściekłości. Oczywiście mamy tu podział na tych dobrych i tych złych. Niekiedy jednak możemy się spostrzec, że niecne uczynki podyktowane są poświęceniem dla wyższych celów.

Wątek miłosny w powieści oczywiście również ma miejsce. Nie wysuwa się on jednak na pierwszy plan. Idealnie współgra w poszukiwaniem prawdy przez Pię. Owszem, mamy tam momenty wybitnie zabarwione tym uczuciem, które rozwija się dość szybka, ale jest to przedstawione w tak uroczy sposób, że nawet czytając zwierzenia nastolatków chłoniemy każde słowo.

„Ciało nie może żyć bez serca. A ja nie mogę żyć bez ciebie.”**

Powieść nie jest jednak tylko opowieścią o nieśmiertelności z zabarwieniem miłosnym. Jest to również w pewnym sensie historia szaleństwa i jego następstw oraz toksycznego uczucia. Ten aspekt jest może mniej wyszczególniony jednak zasługuje na ogromną uwagę. Mnie osobiście zafascynowało to, że mogę na książkę spojrzeć również pod takim kątem.

Książek o nieśmiertelności jest całe multum dzieło pani Khoury wyróżnia się jednak na ich tle. Główną jego zaletą są wielowymiarowi bohaterowie oraz styl autorki, który sprawia, że przez powieść się niemal płynie, a kartek ubywa w zastraszającym tempie. Kolejnym atutem jest miejsce umieszczenia akcji, czyli Amazonia, daje to niezwykłe pole do popisu przy opisach, co zostało znakomicie wykorzystane. Sam sposób, w jaki wytwarza się Immortis zasługuje na uwagę, ja jednak nie mam zamiaru go zdradzać, by nie psuć przyjemności z czytania innym.

Radością napawa mnie fakt, że oryginalna okładka nie została zmieniona w polskim wydaniu. Jest ona, bowiem świetnie dopasowana do treści, a przyglądać jej się mogłabym godzinami.

„Geneza” to dzieło zdecydowanie godne uwagi. Nie jest to tylko przyjemna powieść dla młodzieży, ale również książka, która pozostawia po przeczytaniu w czytelniku pytania o moralność, o to jak daleko może posunąć się człowiek w celu osiągnięcia doskonałości. Świetnie opisy i zapierająca dech w piersiach akcja sprawiają, że dla mnie to jedno z najlepszych dzieł, które miałam ostatnio okazję czytać.

Ocena: 9/10

*str. 64
**str. 308

wtorek, 2 kwietnia 2013

Łowy- Marta Tarasiuk



Tytuł: Łowy
Tytuł oryginału: -
Autor: Marta Tarasiuk
Wydawca: Marta Tarasiuk
Ilość stron: 70 (e-book)

RECENZJA:

Marta Tarasiuk to początkująca autorka, a od niedawna również wydawca. Obecnie jest dość zajęta pracą nad swoim małym „wydawnictwem. „Łowy” to jej pierwsze dzieło, które zostało wydane pod postacią e-booka.
„Łowy” to zbiór opowiadań wpisujących się w tematykę fantasy, a miejscami science fiction. Na siedemdziesięciu stronach znajduje się pięć historii różnej długości. Opowieści w nich zawarte są dość różnorodne. Możemy spotkać nastolatkę próbującą uporać się z pracą domową, poznać tajniki nietypowego polowania i jego skutki jak również zapoznać się z niezwykłą przepowiednią.
„Valravn” to opowiadanie rozpoczynające cały zbiorek. Opowiada ono o królu, który zostaje zdradziecko zabity. Jego ukochana jednak nie opłakuje go, a utratę szansy na tron. Jej jedynym, bowiem celem jest zdobycie korony.
Przy czytaniu, jako pierwsze rzuciło mi się w oczy użycie narracji drugoosobowej. Jest zabieg niezwykle trudny i rzadko stosowany. Sama nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam z nim do czynienia. Muszę jednak przyznać, że autorka poradziła sobie z takim nietypowym sposobem narracji. Wyszło dość zgrabnie, a utwór czytało się z przyjemnością. Sam klimat i tematyka nasunęła mi skojarzenie z baśniami braci Grimm. Było dość okrutnie, ale jak smakowicie. „Valravn” to dość dobre rozpoczęcie, które zostawiało niedosyt.
„Praca domowa” jest opowiadaniem, o którym wspomniałam wyżej. W porównaniu z poprzednim historia nie jest już tak ciekawa, chociaż ma w sobie coś takiego, że czyta się bardzo dobrze. Tym razem nie było żadnego elementu zaskoczenia. Przyznaję jednak, że zakończenie wywołało uśmiech na mojej twarzy.
Tytułowe „Łowy” zdecydowanie wybijają się poziomem ponad pozostałe dzieła. Historia dotyczy polowania na nietypową zwierzynę, którą okazują się być jednorożce. Akcja dzieje się dość szybko, jak to bywa w opowiadaniach. Wszystko jednak jest opisane tak, że nie sprawia to żadnego problemu. Najlepszym jednak elementem okazało się zakończenie. Nie było takie, jakiego spodziewałby się czytelnik, co mogę zaliczyć za plus.
„Waga czasu” z kolei wypada w moich oczach dość blado.  Sam pomysł może i jest ciekawy, zakończenie również coś w sobie ma. Nie jest to jednak wystarczające by zadowolić czytelnika. Opowiadanie, chociaż krótkie dłużyło się niesamowicie.
„Tameris i Tlara” to ostatnie z opowiadań, które jednocześnie poprawiło mi humor po niesmaku, jaki zostawiła po sobie „ Waga czasu”. Nie jest ono w pewnością najlepsze ze zbioru. Mimo tego jest dość interesujące. Pomysł przypadł mi do gustu. Wykonanie niekiedy troszkę kulało, po to by na końcu zdobyć moje serce.
Po przeczytaniu „Łowów” wyczuwam w stylu pani Marty coś charakterystycznego. Podoba mi się to, że, mimo, iż jest to debiut wyrabia ona sobie własny styl pisania, który ciężko porównać z obecnymi polskimi pisarzami fantastyki. W prawdzie wiele jeszcze tu brakuje do ideału. Jak na pierwsze poważne kroki pisarskie jest jednak nieźle. Szczególnie urzekło mnie to, że niekiedy nie mogłam się wyzbyć skojarzeń z baśniami braci Grimm, które też niekiedy bywały dość brutalne.
Oprawa graficzna e-booka nie wyróżnia się zbytnio. Nie jest również odrażająca. Nie wzbudziła one we mnie emocji. Mogłoby być lepiej, jak i gorzej.
Zbiór opowiadań polecam. Zabierając się na niego trzeba mieć jednak na uwadze, że to debiut i wiele mu jeszcze brakuje. Mając to na uwadze zażyjecie odrobinę rozrywki w polskim wydaniu.
Ocena: 5,5/10
Dla osób zainteresowanych książka została udostępniona przez autorkę TU.
-------------------------------------------------
Jak zapewne widać wróciłam. Musiałam sobie uporządkować pewne rzeczy, dlatego przerwa była tak długa.

czwartek, 15 listopada 2012

Liebster blog




Za zaproszenie do zabawy dziękuję Drrim
,,Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę" Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

1.Jakie cechy cenisz w innych ludziach?
Bardzo ważna jest dla mnie szczerość. Jeśli ktoś jest dla mnie ważny ja staram się taka być i wymagam tego od innych. Cenię także umiejętność tolerowania inności. Długo by wymieniać wszystkie cechy, dlatego dodam także, że istotne dla mnie jest poczucie humoru, bo życie bez śmiech jest puste.

2. Co sprawia, że lubisz daną osobę lub nie?
Składa się na to wiele elementów. Dla mnie ważne jest by mieć ze sobą o czym rozmawiać, między dwoma osobami musi być jakaś nić porozumienia. Ktoś zdobywający moją sympatię powinien także mieć w życiu jakieś priorytety wykraczające poza typowe życie nastolatka (czyt.  imprezy, alkohol itp.). Niezwykle ważna dla mnie jest też szacunek do innych ludzi, ponieważ rozumiem, że można kogoś nie lubić, ale nie mogę znieść typowego chamstwa.

3. Jakie jest Twoje zdanie na temat współczesnej literatury? Czy książki wydawane wcześniej były lepsze?
Literatura współczesna jest ostatnio dość wtórna tematycznie, szczególnie jeśli mowa o gatunku zwanym paranormal romance. Denerwujące jest czytanie wciąż tych samych historii tylko owiniętych w inny papierek. Myślę jednak, że wciąż nie jest tak źle. Jeśli się dobrze poszuka można znaleźć wiele wartych uwagi pozycji. Książek starszych czytam mało, mają one jednak w sobie specyficzny urok. Nie mogę jednak określić czy były lepsze, czy gorsze.

4. Piosenka, z którą kojarzą Ci się najpiękniejsze chwile Twojego życia?
Szczerze mówiąc nie mam piosenek, które jakoś specjalnie wiążą się z konkretnym wspomnieniem.  Są jednak takie, które sprawiają, że przypominam sobie wiele momentów dla mnie ważnych.

5. Kto według Ciebie jest współczesnym autorytetem godnym naśladowania?
Jeśli mam wybrać konkretną osobę byłaby to Lacey Sturm. Jako nastolatka miała problemy z narkotykami, ale, jak sam twierdzi, wyszła z tego dzięki Bogu. Jest ona takim przykładem determinacji i tego, że jeśli się postarasz to można zrobić wszystko, nawet pokonać nałóg.

6. Jakie zakończenie miałaby Twoja idealna książka?
Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. To jak chcę by wyglądało zakończenie książki zależy od mojego nastoju, raz wolę happy- endy, innym wyciskające łzy.

7. Twoja ulubiona pora roku? Uzasadnij.
Zdecydowanie lato! Uwielbiam ciepło, wakacje i lody ;D Mogę wtedy spokojnie posiedzieć w cieniu zaczytując się w książce bez zamartwiania się o szkołę.

8. Kim jest dla Ciebie osoba, którą nazywamy "kujonem" ?
Pamiętam, że sama kiedyś w gimnazjum zostałam określona tym mianem, bo zdobywałam dobre oceny. Nigdy jednak się nie uważałam za taką osobę, bo praktycznie się nie uczyłam. Podsumowując moją osobistą refleksję „kujon” to osoba, która „kuje”, nawet jeśli nie przynosi to jej oczekiwanych efektów. Przyznam jednak, że nie lubię tego określenia.

9. Strona internetowa, którą odwiedzasz najczęściej?
Zdecydowanie jest to Lubimy Czytać, czego chyba nie muszę tłumaczyć. Zaraz potem jest Last.fm, ponieważ muzyka to mój nałóg.

10. Domek jednorodzinny czy blokowisko?
Nie wahając się stawiam na domek jednorodzinny. Z chęcią bym zamieszkała w takim miejscu.

11. Twój ulubiony gatunek literacki?
Uwielbiam fantastykę. Niemal wszystkie jej odmiany trafiają do mojego serca, może poza sci-fi. Staram się jednak nie ograniczać i czytać też inne gatunki.

Trochę się uzewnętrzniłam ;)

Czas na moje pytania:
1.       Jak powstał Twój nick?
2.       Twój ulubiony wykonawca muzyczny/zespół.
3.       W jaki sposób wpadłaś/ eś na pomysł założenia bloga o tematyce książkowej?
4.       Od jakiej książki zaczęła się Twoja miłość do czytania?
5.       Twój ulubiony gatunek muzyczny.
6.       Wolisz herbatę czy kawę?
7.       Masz jakieś nałogi? Przyznaj się jakie.
8.       O jakiej porze najchętniej czytasz?
9.       Co sądzisz o ekranizacjach książek? Sięgasz po nie czy omijasz szerokim łukiem?
10.   Jakie masz wady?
11.   Jakie wartości są dla Ciebie ważne?

A nominuję:

A skoro wspominałam wcześniej o Lacey Sturm, mam dla Was piosenkę dzięki, której powstał mój nick :)


niedziela, 16 września 2012

Mistrzyni Burz- Waldemar Płudowski



Tytuł: Mistrzyni Burz
Tytuł oryginału: -
Autor: Waldemar Płudowski
Wydawnictwo: Multi- Service
Ilość stron: 460

RECENZJA:

„(...)Prawdziwa miłość to żywioł, który choć czyni człowieka igraszką, daje mu również bliskie doskonałości szczęście. Miłość to ogień i wiatr.”*

Rodzima fantastyka- jedni ją uwielbiają, inni nienawidzą. Często można się spotkać z opiniami, że do światowego poziomu jeszcze nam daleko. Sam wciąż nie mogłam się zdecydować, co myśleć o polskich dziełach tego gatunku. Raz byłam zachwycona, innym razem załamywałam ręce. Czy „Mistrzyni Burz” pomogła mi ostatecznie ustawić się po jednej stronie barykady?

Akcja w książce dzieje się kilkutorowo, możemy, zatem mówić o różnych wątkach, które czasem się przeplatają, lub łączą. Jeden z nich związany jest z Esme, którą obserwujemy podczas nauki w szkole Barreine Itt. Jej głównym celem jest zdobycie srebrnej bransoletki, a tym samym stanie się prawdziwą czarownicą. Michał natomiast podróżuje po królestwie w poszukiwaniu przeznaczenia. Mamy także wątek czarnoksiężnika pozbawionego mocy. Ogólnie jednak całościowo dzieło opiera się raczej na wojnie z Gildią Ebola, która początkowo istnieje tylko jakby w tle.

Esme to młoda kobieta ucząca się wszystkiego, co niezbędne by zostać Barreine Itt. Trudno mi określić, w jakim dokładnie jest wieku, bo nie znalazłam na ten temat żadnej wzmianki. Z przykrością muszę przyznać, że postać ta zawiodła mnie całkowicie. Uwielbiam tematykę czarownic, dlatego tak bardzo ciągnęło mnie do książki. Niestety Esme była postacią bardzo płaską. Zwykle robiła wszystko, co jej rozkazano, jakby nie miała krzty własnego rozumu. Jedynie raz na jakiś czas udawało jej się mnie zaskoczyć przeciwstawieniem i zrobieniem tego, co uważała za słuszne. Jej charakter pozbawiony był jakichkolwiek cech charakterystycznych, może poza użaleniem się nad sobą i tym, że straciła swoją mentorkę, Bettany.

Kolejną z głównych postaci jest rycerz Michał. Odważny mężczyzna jest w moim mniemaniu dużo lepiej skonstruowany od Esme. Jest on osobą dość charakterną, co niezwykle mi się spodobało. Mimo, iż głównie zdaje się na przeznaczenie to nie mogę mu zarzucić braku własnego zdania, wychodzenia z inicjatywą. Czytając o losach Michała odczuwałam o wiele więcej niżeli było to w przypadku Esme. Z pewnością przyczyniła sie do tego narracja, która w przypadku rycerza była pierwszoosobowa, a u czarownicy trzecioosobowa.

Autor w „Mistrzyni Burz” tworzy ogromną ilość postaci. Niestety może to chwilami przytłaczać. Niekiedy delikatnie gubiłam się w tym, kto jest kim. Podawanie imion niektórych bohaterów było dla mnie całkowicie zbędne, a nawet mnie irytowało. Po postaciach widać, że miały być niezwykle różnorodne i oryginalne. Niestety nie zawsze wychodziło to tak jak bym tego oczekiwała. W książce są jednak takie perełki, o których mogłabym czytać bez końca. Szczególnie upodobałam sobie Alope będącą obrazem szaleństwa, a jednocześnie inteligencji oraz Sone- tajemniczą towarzyszkę Michała. Bardzo żałuję, że tej drugiej było tak mało. Naprawdę nigdy tak do końca nie dowiedziałam się, kim ona jest, co sprawiało, że chciałam więcej informacji. Niestety się nie doczekałam. Jednakowoż mogę ją uznać za jedną z najlepiej skonstruowanych bohaterów.

„Wielki talent i wielka pasja często łączą się z szaleństwem i skrajnym brakiem rozwagi.”**

Jako, że książka należy do fantastyki mamy tu sporo magii, artefaktów i innych rzeczy tego typu. Sam fakt przeniesienia fabuły w czasy rycerzy jest niezwykle intrygujący. Pan Płudowski tworzy własne niezwykle oryginalne królestwo. Wymagało to zapewne dopracowania wielu szczegółów, co doceniam. Boleję jednak nad tym, że nikt nie wpadł na pomysł stworzenia chociażby pobieżnej mapki. Autor niejednokrotnie zarzuca nas nazwami krain, miast, a tak właściwie ciężko jest to wszystko czytelnikowi umieścić w przestrzeni.

Autor tworzy także klany czarownic. Przykładowo mamy klan Pucharów. Za nic nie mogłam jednak dojść, do czego czym się różnią od siebie i dlaczego nazwa jest taka, a nie inna. Nie doczytałam się również nigdzie wytłumaczenia ich specjalności. Nie wiem czy wynika to z tego, że zwyczajnie nie zwróciłam na to uwagi, czy po prostu nie było o tym wzmianki.

Język powieści nie sprawia żadnych trudności. Myślę, że jest on przystępny zarówno dla nastoletniego, jak i dorosłego czytelnika. W tej kwestii nie ma zawiłości, wszystko jest jasne i klarowne.

„Świat jest nielogiczny. Jest wadliwy i szalony! A prawd jest tyle, ilu ludzi!”***

Oprawa graficzna „Mistrzyni Burz” nie jest niczym niezwykłym. Mimo tego przyciąga ona wzrok. Wszystko jest świetnie dopasowane. Czcionka nie gryzie się z grafiką, wygląd jest estetyczny. Wewnątrz książki niestety natrafiłam na literówki i drobne błędy w zapisie dialogów. Nie natrafiały się one jednak na tyle często, by nastręczać trudności w czytaniu.

Temat przeznaczenia, jakiego podjął się pan Waldemar Płudowski jest przedstawiony w ciekawy sposób. Jest ono przedstawione, jako siła, która ma nad nami wyższą moc. Mimo to sami możemy częściowo kształtować naszą przyszłość, nie musimy biernie czekać na to, co ma się przydarzyć. Przeznaczenie jest w pewnym sensie zależne od nas, dlatego musimy brać sprawy w swoje ręce.

Książka sama w sobie jest interesująca. Mimo sporej ilości wad jest taką niezwykłą podróżą do świata rycerzy, którą warto odbyć. Jestem pewna, że jeśli kiedykolwiek jeszcze będę miała okazję przeczytać coś autorstwa tego pana to się skuszę. Wracając do tematu rodzimej fantastyki przyznaję, że wciąż nie mogę obrać jednej ze stron. Polskim autorom ciągle czegoś brakuje, wierzę jednak, iż idziemy w dobrą stronę. „Mistrzynię Burz” natomiast polecam i radzę nie zrażać się negatywami, bo to warta chwili powieść.

Ocena: 6,5/10

*str.111
**str.95
***str.205

Za możliwość przeczytania „Mistrzyni Burz” dziękuję autorowi.
--------------------------------------------
Wracam po nieplanowanej przerwie. Nie mam jednak zamiaru wygłaszać czczych zobowiązań, że będę teraz umieszczać recenzję bardzo często. Dopiero zaczął się rok szkolny, a ja już jestem zawalona obowiązkami, nie będę dlatego składać „obiecanek- cacanek” .

Muszę się jednak pochwalić moją radością. W listopadzie, a dokładniej 19 wybieram się na koncert Lacuny Coil, o którym marzyłam od kilku lat. Mam nadzieję, że cieszycie się ze mną :)



wtorek, 14 sierpnia 2012

Czarny młyn- Marcin Szczygielski



Tytuł: Czarny Młyn
Tytuł oryginału: -
Autor: Marcin Szczygielski
Wydawnictwo: Stentor
Ilość stron: 246

RECENZJA:

Marcin Szczygielski to autor, który zasłynął książkami o tematyce dla dorosłych czytelników. Co poniektórzy mogą kojarzyć tego pana, jako dyrektora artystycznego i dziennikarza pewnego pisemka dla mężczyzn. Po takim rozpoczęciu kariery postanowił on, o dziwo, przestawić się na książki dla młodzieży. Z pod jego pióra wyszły już takie pozycje jak: „Omega” czy „Za niebieskimi drzwiami”.

Młyny to wioska niezwykła. Żadne zwierzęta poza dwoma psami oraz kilkunastoma królikami nie chcą tam żyć (chociaż i to wkrótce się zmieni). Telefony komórkowe nie łapią tam zasięgu, nie odbiera satelitarna telewizja. Krótko mówiąc mieszkańcy owej wsi są na codzień niemalże odcięci od świata. Wkrótce w Młynach zaczynają się dziać jeszcze bardziej niezwykłe zjawiska. Grupka dzieci zamieszkująca te prawie-pustkowie ma pewne podejrzenia. Czują oni, że to wszystko odbywa się za sprawą Czarnego Młyna. Jako, że nikt z dorosłych nie wierzy w tę teorię przyjaciele postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce.

Główni bohaterowie to Iwo, Natalka, Piotrek, Paweł, Justyna, Karol i Mela. Najbardziej niezwykłą z postaci jest ta ostatnia. Dziewczynka, siostra Iwa, jest karłem. Jest ona z pozoru osobą nieodgrywającą wielkiego znaczenia. Dopiero po pewnym czasie można ujrzeć jak wielki udział weźmie w wydarzeniach.

Postacie wykreowane przez Marcina Szczygielskiego nie są jakoś szczególnie oryginalne. Nie mogę też powiedzieć, że brak im realizmu. Najbardziej jednak urzeka fakt, iż autor bardzo dobrze zarysował więź między głównymi bohaterami. Pokazał nam bardzo mocną, jak na dzieci, przyjaźń i miłość, która przekracza wszelkie granice. Zdecydowanie najlepiej zarysowaną, jak dla mnie, postacią była Mela. Ta niepozorna osóbka, mimo że bardzo mało się odzywa, wzbudziła we mnie wiele ciepłych emocji.

„Czarny młyn” to dzieło, które można by określić mianem horroru dla młodszych czytelników. Autor bardzo dobrze buduje napięcie. Początkowo mamy cały czas wzrastające uczucie niepokoju, w punkcie kulminacyjnym wybuchające z pełną siłą. Gdybym była ciut młodsza z pewnością czytając drżałabym ze strachu.

Książka jest napisana bardzo prostym językiem. Na pierwszy rzut oka widać, iż jest skierowana do młodych odbiorców. Taki styl wcale jednak nie przeszkadza starszym czytelnikom zatopić się w historii.

Wartości, na jakich opiera się „Czarny młyn” przedstawione są w bardzo przystępny sposób. Książka pokazuje nam przede wszystkim historię o miłości i przyjaźni, które są warte największych poświęceń. Całą opowieść można potraktować właśnie, jako taką alegorię o tym, co powinno dominować naszym życiem. Lektura ta znakomicie uwidocznia nam starą prawdę o tym, że tylko dzieci, oraz oczywiście osoby niebojące się swojej dziecięcej strony, potrafią kochać do granic możliwości.

Oprawa graficzna książki znakomicie wpisuje się w klimat opowieści, co jest jej ogromną zaletą. Sam młyn znajdujący się na okładce wygląda jakby był malowany dziecięcą ręką, co bardzo mi się spodobało.

Podsumowując „Czarny młyn” to opowiastka niby prosta jednak zachwycająca. Książkę mogę polecić wszystkim, który wciąż mają w sobie trochę dziecka i lubią powracać do tych beztroskich czasów.

Ocena: 7/10

sobota, 11 sierpnia 2012

Więzień Labiryntu- James Dashner



Tytuł: Więzień Labiryntu
Tytuł oryginału: The Maze Runner
Autor: James Dashner
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Ilość stron: 421

RECENZJA:

Wyobraź sobie, że budzisz się w dużym pudle o kształcie prostopadłościanu. Po chwili odkrywasz coś przerażającego- to nie pudło, a winda, która porusza się w zabójczym tempie. Pamiętasz tylko swoje imię i nieistotne fakty o funkcjonowaniu świata. Za nic nie możesz sobie jednak przypomnieć swojej rodziny, przyjaciół, nawet nauczycieli... Twoje wspomnienia są dla ciebie całkowicie niedostępne, jakby osnute mgłą, przez którą nie sposób się przedostać. Czujesz jakby na twój umysł założono blokadę. Po chwili pudło się otwiera. Spoglądasz w twarze kilkudziesięciu, a może kilkuset chłopców. Wkraczasz w nowy niebezpieczny świat, którego reguły są ci obce. W takiej mniej więcej sytuacji znajduje się Thomas. Zostaje rzucony w obcą mu i pełną niebezpieczeństw rzeczywistość. Trafia do Strefy otoczonej Labiryntem skrywającym stworzenia mogące zadać bardzo bolesną śmierć. Wtedy już wie, że jest tylko jedno rozwiązanie: znaleźć wyjście.

„Jednak nadal nie wiedział, skąd pochodzi ani w jaki sposób znalazł się w spowitej ciemnością windzie, czy też kim byli jego rodzice. Nie pamiętał nawet swojego nazwiska. Obrazy ludzi przemykały mu przez głowę, jednak nie potrafił ich rozpoznać, twarze zastępowała udręczona plama kolorów.”*

Thomas ma około szesnastu lat. Swoją wiedzę opiera jednak jedynie na opinii Chucka, który staje się kimś w rodzaju przyjaciela głównego bohatera. Chłopak próbuje się zaklimatyzować, na ile to oczywiście możliwe, w nowym miejscu. Nie pomaga mu w tym jednak przemożna chęć zostania Zwiadowcą. Po pewnym czasie udowadnia on, że jest kimś więcej niż tylko „świeżuchem”. Możemy go wtedy poznać od nowej strony, jako postać, która jest gotowa na największe poświęcenia by pomóc społeczeństwu ze Strefy.

„-Chuck, jak myślisz... Ile mam lat?
Chłopak przyjrzał mu się dokładnie.
-Jakieś szesnaście, i gdybyś był ciekawy, to masz około metra osiemdziesięciu. Szatyn. No i jesteś szpetny jak psie jądra- powiedział, po czym parsknął śmiechem.”**

Następnego dnia po przybyciu Thomasa Pudło przywozi Teresę. Tajemnicza dziewczyna zapada w stan przypominający śpiączkę. Przez „sen” wypowiada słowa, które wzbudzają niepokój w mieszkańcach niezwykłego miejsca. Twierdzi, bowiem, że zapoczątkowała Koniec. Dodatkowo na kartce trzymanej w zaciśniętej dłoni widnieje napis zwiastujący zmiany. Mimo, że przez sporą część powieści dziewczyna stanowi tylko tło, to po przebudzeniu aspiruje nawet na jedną z głównych postaci. Pomysł ten uważam za ciekawy, jednakowoż chwilami denerwowało mnie tak długie przeciąganie momentu wkroczenia jej do akcji. Sam główny bohater przez jakiś czas zachowywał się jakby cała ta sytuacja była nadzwyczaj normalna, że aż nie warta uwagi.

Bohaterem, o którym nie mogę nie wspomnieć jest Chuck. Młody, ale odważny chłopak, który niejednokrotnie wywoływał uśmiech na mojej twarzy. Ośmielę się stwierdzić, że poczułam do niego większą sympatię niż do Thomasa. Ujmujące było to, że taki dzieciak potrafi wykazać się inteligencją oraz poświęceniem.

Postacie stworzone przez Jamesa Dashnera są bardzo różnorodne. Niestety muszę stwierdzić, że bohaterowie drugoplanowi są o wiele lepiej skonstruowani niż Thomas i Teresa. Najbardziej w pamięć zapadł mi oczywiście Chuck, który jest bardzo złożoną osobą. W jednym momencie potrafi żartować, w innym natomiast rozmawiać na poważne tematy. Jego charakter jest tak skonstruowany, że mogę powiedzieć: „kurczę, też chcę takiego przyjaciela”. Teresa natomiast to bohaterka, która wydała mi się niezwykle płaska. Początkowo, dzięki niesamowitym wydarzeniom, bardzo mnie intrygowała. Wkrótce okazało się, że niepotrzebnie. Z Thomasem jest już lepiej, chociaż wiele brakuje do ideału. Na uwagę zasługują także inne postacie drugoplanowe, których kreacje wywierają wrażenie. Przykładem takiego bohatera może być Gally. Wzbudza on w czytelniku wiele emocji, w tym niechęć, a być może nawet nienawiść, ale o to właśnie chodzi. Jeśli postacie są nam obojętne to niezbyt dobrze świadczy o pisarzu.

Autor w powieści stworzył swój własny, charakterystyczny styl. Ogromna ilość neologizmów, to coś, na co natkniemy się w „Więźniu Labiryntu”. Przeciwników kolokwializmów może to zniechęcić. Początkowo czytelnikowi trudno jest połapać się w znaczeniach niektórych słów. Nawet później większość z nich możemy wytłumaczyć sobie tylko po swojemu, bo nie mam niczego podanego na tacy. Część z neologizmów wydaje się banalnie prosta do odgadnięcia, bo przypomina nasze rodzime wulgaryzmy. Mimo, iż pomysł z tworzeniem nowych słów niezbyt mi się podobał uznałabym to za plus powieści. Między innymi dzięki temu wyróżnia się ona spośród innych dzieł dostępnych na rynku. Jedyne, do czego mogę mieć zastrzeżenia to nadużywanie, w moim mniemaniu, słowa oznaczającego stolec.

„Coś się w nim zmieniło. Głęboko w jego piersi zrodziło się ziarno wściekłości. Żądza zemsty. Nienawiść. Coś mrocznego i przerażającego. A następnie eksplodowało, przedzierając się przez płuca, szyję, ramiona i nogi. Przez jego umysł”***

Pomysł zawarty w książce jest jedyny w swoim rodzaju. Krwiożercze bestie z Labiryntu to postacie, których nie spotka się niegdzie indziej. Mroczna atmosfera trwająca od początku do końca niesamowicie działa na czytelnika. Można niemal odnieść wrażenie, że i my zostaliśmy uwięzieni w Strefie. Razem z bohaterami staramy się znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie. Autorowi udało się bardzo dużo wycisnąć z konceptu, niestety nie wszystko jest tak idealne. Objaśnienie całej sytuacji niekiedy kuleje.

Należy także zwrócić uwagę na zakończenie. Myślę, że jest ono mocną częścią powieści. Zdecydowanie zachęca czytelnika do sięgnięcia po kolejną część. Nie jest banalne, można powiedzieć nawet, że zaskakuje.

Okładka bardzo mi się podoba. Nie jest typową śliczną grafiką. Ma taki brudno- mroczny klimat, adekwatny do treści. Wszystkie elementy ze sobą współgrają, nie widzę nic rażącego poza irytującą reklamą przyrównującą „Więźnia Labiryntu” do „Igrzysk Śmierci”.

„Więzień Labiryntu” to pozycja wyróżniającą się na tle innych dzieł. Nie jest ona oczywiście pozbawiona wad. Czyta się jednak szybko i bez większych zgrzytów. Nie zostaje mi nic innego jak zachęcić do czytania, bo naprawdę warto.

*str. 8
**str. 22
***str. 402

Ocena: 8/10
---------------------------------------------------
Jak widać zrezygnowałam z umieszczania opisów, ponieważ uznałam, że nie ma to większego sensu. Jeśli ktoś będzie pragnął zapoznać się z opisem wydawnictwa/ dystrybutora to pomoże mu w tym wujek Google ;)

Doceniam wszystkich, którzy dotrwali do końca moich wypocin. Kłaniam się w pas i pozdrawiam ;)